moja pierwsza praca

Wiem, że zalegam z obiecaną relacją z Brukseli, ale po wyrzuceniu ostatniego filmiku jakoś nie mogę się zmobilizować do nagrania nowego. Ale na dniach, jeszcze przed wyjazdem, owa relacja na pewno się tutaj pojawi. Tymczasem, jeśli chcecie zobaczyć mini relacje z miejsc, w których bywam to czasem wrzucam coś na Snapchata (@mineraiii). Tam zdecydowanie mniej gadania, a więcej oglądania. 😉

Dzisiaj natomiast opowiem Wam trochę o tym, co jest przedmiotem zainteresowania większości młodych osób w okresie wakacyjnym, czyli o pracy sezonowej. Przedstawię Wam tylko moje doświadczenie, ale może każdy znajdzie tutaj dla siebie jakieś uniwersalne rady.

Moją pierwszą pracą w ogóle, a na dodatek za granicą była praca w Holandii. Pojechałam tam z przyjacielem w wakacje po pierwszej klasie liceum, czyli miałam nieskończone 17 lat. Pomysł zrodził się z faktu iż zawsze starałam się być chociaż troszkę niezależna od rodziców, a to była okazja do zarobienia zdecydowanie większych pieniędzy niż z prac oferowanych w moim mieście dla szesnastolatków (np. rozdawanie ulotek). Tak więc z polecenia mojego kuzyna, który mieszka w Holandii dostałam kontakt do zaznajomionego biura pośrednictwa pracy w moim mieście – KBTI Poland. Tam została nam przedstawiona oferta pracy i podpisaliśmy wstępną umowę, która nie obligowała nas do pokrycia żadnych kosztów związanych ze znalezieniem pracy. Kilka dni później byliśmy już w Bleiswijku. Na miejscu naszą firmą matką okazała się firma FlexWork, z którą podpisaliśmy umowę. To ona zajęła się wyrobieniem naszych numerów sofi, czyli odpowiedników polskiego numeru NIP oraz naszym zakwaterowaniem. Co do domu, to mieliśmy ogromne szczęście, ponieważ mieszkaliśmy w 5 osób w dwupiętrowym domu z dwoma tarasami, salonem i garażem. Tygodniowy koszt uzależniony był od wieku i u mnie wyniósł 30 euro, który był na koniec odliczony od mojej wypłaty. Kolejnym kosztem był koszt ubezpieczenia, który wynosił 20 euro tygodniowo, ale z uwagi na niepełnoletność ja byłam z niego zwolniona. Co do samej pracy, to była ona każdego dnia inna w zależności od zleceń, jakie były wysyłane do firmy każdego dnia. Ale głównie pracowałam w firmie Royal Lemkes, gdzie zajmowałam się rozwożeniem roślin po hali, naklejaniem nalepek etc. Inną pracą, której szczerze nienawidziłam była praca na magazynie w fabryce sosów. Samo pakowanie produktów do pudełek było dość prostym zajęciem. Jednak przejście przez pomieszczenia, w których były gotowane sosy przyprawiało mnie o mdłości – zapach był nie do zniesienia. Tak czy inaczej, jeśli o mnie chodzi to naprawdę miło się zaskoczyliśmy. Mieliśmy do dyspozycji rowery więc w weekendy jeździliśmy na różne wycieczki (ścieżki rowerowe w Holandii są na naprawdę wysokim poziomie), a raz nawet wybraliśmy się pociągiem do Amsterdamu. Ponadto mieszkaliśmy w okolicy pełnej jezior więc kompletnie nam się nie nudziło, pomimo braku Internetu. Tego typu wyjazd jest fajnym połączeniem pracy i wakacji, ale  bez nastawienia na zarobienie jakichś milionów.

Rok później wybrałam się sama nad morze do Jastarni do pracy jako kelnerka w jednej z restauracji. Namiary dał mi mój kolega (znamy się od dziecka), który pojechał tam dwa miesiące przede mną więc pracowaliśmy razem. O tym czy w ogóle zostanę zatrudniona zdecydował weekend próbny w maju podczas którego miałam się trochę nauczyć i spróbować jakoś wykazać. Skończyło się na stłuczeniu pełno szklanek i pokali, ale o dziwo dostałam tę pracę. 😉 Właściwy okres pracy trwał u mnie od połowy czerwca do początku sierpnia, czyli w sumie 7 tygodni. Co do zarobków to sama stawka godzinowa była dosłownie śmieszna, bo 5 złotych na godzinę, ale za to napiwki robiły robotę. W tej restauracji każdy dostawał je wyłącznie dla siebie więc opłacało się być uprzejmym. Ja sama dziennie dostawałam około 100-200 złotych tipów. W tygodniu byłam w stanie odłożyć około 1000 złotych (tak, takie zarobki w Polsce) plus sporo kasy wydawałam na imprezy i śniadania w restauracjach. Jeśli chodzi o zakwaterowanie i wyżywienie to noclegi mieliśmy za darmo, ale warunki pozostawiały naprawdę wiele do życzenia więc nie jest to miejsce dla osób o sporych wymaganiach. Co do jedzenia to mieliśmy zapewniony jeden posiłek dziennie w pracy (dana pozycja z menu w konkretny dzień), a do tego zupy i napoje ciepłe i zimne bez ograniczeń. Minusem był dość nieregularny czas pracy i bardzo mało wolnego. Pracę zaczynałam z reguły o 11, a potrafiłam z niej wyjść nawet o 3.30 w nocy chociaż z reguły kończyłam około 1. Nie jest więc to zajęcie dla osób, które nie lubią dużo chodzić oraz pracować pod stresem, bo zdażało się, że miałam do ogarnięcia 18 stolików naraz. Mi natomiast ta praca sprawiała wiele satysfakcji, ponieważ uwielbiam kontakt z ludźmi, chociaż zdarzało się, że jacyś klienci mnie wkurzali i to bardzo mocno. Należy jednak pamiętać, że jest to tylko zajęcia tymczasowe, a my przyjechaliśmy tu tylko po to, żeby jak najwięcej zarobić. Niestety tutaj wakacji miałam zdecydowanie mniej, a plażę to głównie oglądałam tylko w nocy.

Moją aktualną pracą, do której jadę już 3 raz, jest zbieranie truskawek w Niemczech. Tak wiem, wiem… praca marzeń, ale 8,60 euro na godzinie przy nawet 14 godzinach dziennie może dać naprawdę ładną dniówkę, a jedynym kosztem jest nocleg, który wynosi 5 euro dziennie. O pracy dowiedziałam się przez znajomego mamy, który dał jej numer do takiego jakby pośrednika. Rezerwuje się miejsce u tego pana kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem. Jeśli chodzi o umowę to w moim gospodarstwie szef wymaga statusu studenta z uwagi na jakieś unijne dotacje. Dostaję więc przed wyjazdem dokumenty, które muszę wypełnić sama plus wziąć pieczątkę ze szkoły/uczelni. Sama praca jest dość ciężka i wymaga odpowiedniego przygotowania w postaci kaloszy, przeciwdeszczowych ubrań, kremu z filtrem, sprayu na komary, lateksowych rękawiczek etc. Jeśli dobrze się rozplanuje te zakupy to można się zmieścić nawet w 200-250 złotych za takie już naprawdę porządne rzeczy. Praca ta poza samym jej charakterem jest ciężka z uwagi na konieczność pracy w różnych warunkach atmosferycznych, czyli także w deszczu. Poza samym zbieraniem ja zajmuję się tak także pomocą w kuchni (sprzątanie etc.), maglowaniem, sprzątaniem pensjonatu (zmiana pościeli, odkurzanie), a w późniejszym terminie także zbieraniem borówek. Nie jest to zajęcie dla każdego i trzeba się naprawdę psychicznie nastawić przed wyjazdem, ale warto. Zapewne gdyby była to praca na akord to bym się nigdy nie zdecydowała, ale w przypadku, gdzie mam płacone za każde 5 minut pracy to zupełnie inna rozmowa. Jeszcze nigdzie nie zarobiłam takiej kasy i to mnie skłania do powrotu tam już 3 rok z rzędu.

Zapewne zastanawiacie się, co na to wszystko moi rodzice. No więc wszystkie miejsca, do których pojechałam były dokładnie sprawdzone i zawsze z polecenia. Moi rodzice mogli być więc spokojni o to, że będą bezpieczna. Poza tym miałam z nimi cały czas czas stały kontakt. Nie znalazłam żadnej oferty w Internecie, ani w jakimś ogłoszeniu. Bardzo ważne jest, aby dokładnie sprawdzić miejsce, do którego się wybieracie. Nawet w Państwowej Inspekcji Pracy (tak dla pewności). Warto czytać też wszelkiego rodzaju fora i inne strony, z których możecie zaczerpnąć jak najwięcej informacji. Nawet głupie prześledzenie profilu na Facebooku czasem daje nam wiele cennych wskazówek, które pozwolą czuć się nam pewniej. Jeśli obawiacie się, że ktoś Wam może nie zapłacić to decydujcie się na tygodniówki lub podpisanie chociaż jakiegoś prototypu umowy, o którą czasem ciężko w przypadku prac sezonowych. Ja miałam to szczęście, że zawsze wszystko było załatwione legalnie więc mogłam spać spokojnie. Mam nadzieję, że chociaż część z tych wskazówek okaże się Wam pomocna i klasycznie, jeśli macie jakieś pytania lub chcielibyście podzielić się swoimi doświadczeniami to piszcie w komentarzach lub na Instagramie. Enjoy 🙂

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *