Londyn moimi oczami

Kiedy chcę napisać coś o Londynie to aż brakuje mi słów. Tyle ile zobaczyłam, zwiedziłam, zrobiłam przez te zaledwie 3 dni jest po prostu nie do opisania. Jednocześnie zanudziłabym Was tym, gdybym napisała “musicie koniecznie zobaczyć Big Ben i London Eye”, bo przecież są to stałe punkty każdego turysty i w moim przypadku wcale nie było inaczej. Tym razem więc nie będę opowiadała Wam o tym, co warto zobaczyć (poza kilkoma klimatycznymi miejscówkami) tylko spróbuję wczuć Was trochę w atmosferę tego miasta widzianego moimi oczami.

Zanim dotarliśmy z lotniska do hotelu musieliśmy przejechać przez prawie połowę miasta. I tutaj zaskoczyłam się po raz pierwszy, bo zamiast pięknych zabytków i wysoko rozwiniętej kultury przemysłowej zobaczyłam stare zniszczone domy mieszkalne i wszechogarniający syf. Szare niebo, szare ulice – tak właśnie wyglądają dla mnie przedmieścia tego urokliwego miasta. Być może tylko ja to tak odbieram, ponieważ rozmawiałam z jednym studentem, który tam mieszka i zapewniał mnie, że na obrzeżach Londynu jest naprawdę pięknie i wielu mieszkańców tam ucieka, żeby odpocząć od ulicznego zgiełku. Tak czy inaczej, chyba jednak odwiedzaliśmy zupełnie różne miejsca…

Dla porównania cała nasza okolica do złudzenia przypominała uliczki Wiednia. Niedaleko naszego hotelu rozpoczynał się Kensington Garden, z którego szło się do Hyde Parku. W moje urodziny wybraliśmy się na długi spacer z Notting Hill aż do Buckingham Palace. Nie ukrywam, że widok zrobił na mnie spore wrażenie, a w tak ładnym parku miałam okazję być może ze 2 razy w życiu.  Idealnie przystrzyżone trawniki, jeziorka (lub ogromne stawy :), rowery wodne, klimatyczne knajpki przy wodzie oraz masa łabędzi, wiewiórek i innych zwierzątek. Niby nic, a jedno z miejsc, które w Londynie pokochałam najbardziej.

Każdy lubi coś innego – jedni wolą spokój i pełną kontrolę nad tym, co robią, a inni po prostu płyną z prądem. Ja do tej pory nie odkryłam, do której grupy osób mogę się zakwalifikować. Jestem chyba pomiędzy. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam być zaskakiwana. Wszelkiego rodzaju niespodzianki wywołują we mnie zawsze bardzo pozytywne emocje, czasem nawet się wzruszam. Piszę o tym dlatego, bo decydując się na wyjazd do Londynu trakcie moich urodzin, doskonale zdawałam sobie sprawę, że celebracja tego szczególnego dla mnie dnia będzie polegała na tym, że ewentualnie wypijemy piwo wieczorem o ile nie padniemy ze zmęczenia. Ja natomiast mam tak kochanych znajomych, że zabrali mnie do najpiękniejszej kawiarni w jakiej w życiu byłam – Peggy Porschen.  Oczywiście myślałam, że idziemy do zupełnie innego miejsca. Wyjście do kawiarni – niby nic takiego. Ale było to miejsce totalnie w moim stylu. Nawet użyłabym tutaj słowa “hipsterskie”. Poza pysznymi deserami wystrój był totalnie niesamowity. Trzeba tam pojechać, żeby dostrzec magię tego miejsca, ale naprawdę warto, bo sam widok był już wystarczającym prezentem.

Tych, którzy chcą zobaczyć zachód Słońca nad panoramą miasta lub po prostu się zrelaksować zapraszam na wzgórze Primrose Hill. Nie spotkacie tam na pewno turystów. Za to studentów, którzy chcą spotkać się ze znajomymi w plenerze. Jest to na pewno miejsce, z którego ujrzycie Londyn z zupełnie innej perspektywy. A wchodząc na górę, zrobicie przy okazji niezłe cardio 🙂

Miejscem dość znanym, ale do którego o darmowe wejściówki trzeba się starać jeszcze w Polsce jest Sky Garden.  Jest to punkt widokowy, bodajże na 37 piętrze, z którego widać sporą część miasta. Sam budynek jest wysokości mniej więcej takiej, co budynek Sharpa, czyli jeden z najwyższych w całym mieście. Nie ma tutaj za bardzo co się rozpisywać, po prostu szczerze polecam.

I jeszcze więcej zdjęć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *