Wspólne mieszkanie cz. 1

Nie ukrywam, że od jakiegoś czasu ciężej mi się tu pisze. Z jednej strony mam sporo zajęć, ale z drugiej więcej czasu niż kiedykolwiek miałam od momentu rozpoczęcia studiów. Refleksji nie brakuje, ale po prostu trudno jest ubrać pewne myśli słowa. A zamiast zamęczać Was głupotami, lepiej nie pisać nic. Nie jestem pisarką więc nie uznaję pisania dla samej idei, która nie niesie za sobą żadnych wartościowych treści.

Nie mniej jednak obiecałam Wam post, a w zasadzie relację ze wspólnego mieszkania z partnerem. Co prawda, z jednego miesiąca zrobiły się aż dwa, ale to tylko bardziej uwiarygodni moje odczucia i umożliwi mi dzielenie się z Wami moim doświadczeniem i przestrzeże Was przed popełnianiem moich błędów.

Pierwsze tygodnie były jak z bajki. Aż sama byłam w szoku, że tak nam dobrze idzie. P. nie pracował więc miał sporo czasu, aby posprzątać, ja natomiast z reguły gotowałam. W kwestii domowych obowiązków naprawdę się uzupełnialiśmy. Jednak przez stres związany z poszukiwaniem nowej pracy oraz wyjazdy oddaliśmy się od siebie jako para. Na początku tego nie dostrzegałam, ale po kilku tygodniach czułam się bardziej jego współlokatorką niż dziewczyną. I to jest właśnie ta pułapka. Jeżeli tylko zauważymy tego typu sygnały musimy jak najszybciej zareagować i przywrócić relację na odpowiednie tory. Ale nie przez wspólną imprezę, a raczej randkę lub szczerą rozmowę. Tak to już niestety jest, że jeśli na czymś nam zależy, to trzeba o to dbać.

Były też pozytywne aspekty jak śniadania do łóżka, pomoc i takie codzienne wsparcie. Wspólne mieszkanie oducza pewnego rodzaju niezależności i bycia taką Zosią Samosią. I nie ma, co ukrywać, ale łatwo jest się przyzwyczaić do takiej opieki. Pomimo tego, że aż 3 lata mieszkaliśmy osobno to przyzwyczaiłam się do jego stałej obecności praktycznie od razu. A co za tym idzie, również jeszcze mocniej przywiązałam. Weekendowy wyjazd sprawił, że już tęskniłam, a kiedy zaczął pracę to okazało się, że wcale tak dużo się nie widujemy, a w zasadzie się mijamy.

Choć na początku wydawało mi się, że te wszystkie kłótnie o nieposoloną zupę nas ominęły to i na nas przyszła pora. Totalnie zaczęły mnie irytować pewne niedociągnięcia i powtarzanie czegoś po kilka razy, a moja pedantyczna natura wcale mi w tym nie pomagała. Czułam, że męczę się tą sytuacją. Praktycznie widywaliśmy się tylko w weekendy, które i tak poświęcał na odpoczynek, bo w końcu pracował. Ja natomiast nie jestem typem kury domowej, ale nie potrafię znieść tego, że jest niezrobione pranie więc je robię, a potem jestem zła, że znów ja je zrobiłam. Błędne koło. Jednak, kiedy nazbiera się trochę takich spraw to okazuje się, że obowiązki domowe są naszym głównym tematem rozmów, a ja przy okazji chodzę ciągle sfrustrowana, a on zły o to, że ja mam problem. Z jednej strony nie chcę zachowywać się jak jego mama i prawić mu kazań, a z drugiej ciężko jest zaakceptować pewne różnice.

I tutaj nadchodzi ten magiczny moment, kiedy trzeba powiedzieć dość. Tylko, żeby się dogadać potrzeba chęci obu osób. Wzajemne zaangażowanie, zrozumienie i szacunek to coś czego uczymy się przez całe życie. Jednak czy źle położony koc jest ważniejszy od tego, co budowaliśmy przez tyle lat? I teraz odpowiedź na to z pozoru banalne pytanie jest naprawdę istotna. Pokazuje nam, co jest dla nas naprawdę ważne. I jeśli wybierzemy ten koc to nic złego się nie stanie tylko wtedy raczej jedynym wyjściem jest rozstanie i szukanie swojej własnej życiowej ścieżki. Ja jednak jestem w stanie zaakceptować też krzywo ułożony koc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *