to schudłam czy nie schudłam?

Zaraz po mojej wygranej w konkursie na 3-miesięczną metamorfozę obiecałam Wam, że będę na bieżąco informować Was o postępach, trudnościach i o tym jak ogólnie to wszystko wygląda. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i zapewne każdy z Was, który ma za sobą redukcję wie o czym mówię. Każdy organizm jest inny, chudnie szybciej lub wolniej, a także w różnym tempie przyzwyczaja się do treningów. Dlatego pisanie na bieżąco o moich “zaskakujących rezultatach” nie miałoby większego sensu, bo w niektórych tygodniach ich po prostu nie było. Ważne jest więc, żeby trafić na trenera/dietetyka, któremu w pełni możemy zaufać. Wtedy chwilowe przestoje nie były czymś strasznym, a ja nie popadałam w rozpacz za każdym razem, kiedy mierzyłam się i stawałam na wadze.

Ale zacznijmy od początku! Opowiem Wam jak to mniej więcej u mnie wyglądało, a w zasadzie dalej wygląda, bo wciąż walczę, chociaż walka to za duże słowo. Już w pewnym sensie tym żyję 🙂

Zaraz po ogłoszeniu wyników konkursu rozchorowałam się. Opóźniło to rozpoczęcie mojej diety o jakieś 2 tygodnie, ponieważ przeziębiona nie mogłam wykonać wszystkich potrzebnych badań krwi. Nie bardzo rozumiałam wtedy po co mi ich aż tyle, kiedy czułam się dobrze i starałam się regularnie raz w roku badać. Dość sceptycznie podchodziłam do tego, że nagle nikt nie toleruje glutenu, laktozy, ma problemy z tarczycą, cierpi na Hashimoto, a także nie je nabiału. Tak czy inaczej, jak moja trener i dietetyk w jednym kazała zrobić to zrobiłam. Pobrali mi tyle krwi, że mniej się chyba oddaje w krwiodawstwie, ale jakoś przeżyłam. Ostatecznie wyszła mi lekka insulinoodporność, pod którą Gosia ułożyła dla mnie odpowiednią dietę, w której zrezygnowałyśmy z węglowodanów na śniadanie i w jednym posiłku w ciągu dnia.  Ponadto ustaliłyśmy, że będą to 4 większe, a nie 5 mniejszych posiłków (chyba po to, aby nie było częstych wyrzutów insuliny, ale ja się tam na tym nie znam). Początkowo było to około 1800-1900 kcal. I na początku rzeczywiście były efekty, około kilograma w ciągu tygodnia jednak potem centymetry jako tako leciały, ale waga stała. Obcięłyśmy więc kalorie do około 1600 kcal (moja PPM to jakieś 1500 kcal) i wtedy w końcu ruszyło tak jak powinno. W międzyczasie robiłyśmy lekkie modyfikacje, a ja już sama nauczyłam się słuchać swojego organizmu i wiem, czego i kiedy potrzebuje. Potrafię stwierdzić po czym czuję się lepiej, a czego powinnam unikać i o jakiej porze. Nie wiem czy jest to spowodowane lepszym odżywianiem czy pogodą, ale nie mam już tego takiego typowego “lenia” w ciągu dnia i chodzę zdecydowanie rzadziej ospała. Jako osoba, w ogóle niepijąca kawy, ani napojów energetycznych, jestem w stanie zauważyć takie drobne zmiany w moim samopoczuciu.

Jeśli mowa o treningach to już w listopadzie miałyśmy okazję współpracować, więc jakieś drobne początki za sobą już miałam  i było mi po prostu łatwiej. Za każdym razem podczas treningu (sama lub z Gosią) wykonuję Full Body Workout, czyli staram się ćwiczyć i pracować nad wszystkimi partiami ciała plus wykonuje cardio na bieżni (z reguły chodzenie pod górę) przed treningiem właściwym jako rozgrzewkę lub jak mam czas to także po. Oprócz tego STARAM SIĘ regularnie rollować, żeby rozbić sobie wszystkie mięśnie, ale różnie to wychodzi. Ćwiczę około 3-4 razy w tygodniu. I choć pierwszy trening miałyśmy 14 marca to dalej muszę się motywować, żeby chodzić ćwiczyć. A w zasadzie to motywować, żeby wyjść z domu. Kiedy już jestem na sali to staram się dawać z siebie 100%, co przekłada się na progres jaki udało mi się osiągnąć (to nie są moje słowa :)). Ponoć bardzo poprawiła mi się technika wykonywanych ćwiczeń, powoli zarysowują się mięśnie, a także mocno zwiększyły się ciężary, jakie podnoszę (niektóre nawet dwukrotnie!). Jednak tutaj największe słowa uznania należą się właśnie dla Gosi, bo gdyby nie ona to nie potrafiłabym podnieść sztangi nad głową (chociaż to ćwiczenie akurat dalej mi czasem nieporadnie wychodzi), a wiosłowanie kojarzyłoby mi się dalej wyłącznie ze spływem kajakowym. I najlepsze jest chyba to, że ja się naprawdę bardzo dużo nauczyłam – wiem, kiedy spinać mięśnie, ściągać łopatki i prostować plecy. I właśnie taka pomoc i wsparcie było mi potrzebne, ponieważ chciałabym kontynuować później swoją “fit voyage” sama.

Oczywiście, nie możemy pominąć wszystkich przerw, jakie zrobiłam. Ślub rodziców i Święta Wielkanocne, które przerodziły się w tydzień jedzenia ciast i innych pyszności. Mnóstwo moich wyjazdów, które także trochę nam popsuły nasze rezultaty, a także te nieszczęsne imprezy, od których naprawdę ciężko uciec (chociaż i tak bardzo mocno ograniczyłam spożywanie napojów wyskokowych). Jednak wszystkie te odstępstwa spowodowały, że w domu staram się pilnować jeszcze mocniej diety, a na treningach daję z siebie ile tylko mogę.

Nie powiem Wam teraz nic motywującego, że opuściłam swoją strefę komfortu i że Wam też się uda. Tutaj nic się nie udaje. Dalej jest ciężko, dalej mi się nie chce i dalej jestem leniem, lubię imprezować i jeść pizzę. Ale nauczyłam się nad tym wszystkim pilnować. Jeśli zjem coś “mniej fit” to wliczam to sobie do dziennego bilansu kalorycznego, a czasem robię dłuższe cardio. Potrafię już sobie mniej więcej policzyć wszystko w głowie i wiem na ile mogę sobie pozwolić. Np. wczoraj byłam na krewetkach w tempurze, które raczej do małokalorycznych dań nie należą, a dzisiaj zobaczyłam kolejny spadek na wadze. Można? Można. Pewnie dałoby się to wszystko zrobić inaczej, szybciej, lepiej. Robić więcej cardio i takie efekty, jakie mam, osiągnąć w ciągu 1,5 miesiąca, a nie 2,5. Ale nie obchodzi mnie to :). Robię swoje, nie czuję, żebym musiała sobie czegoś odmawiać, bawię się tym i w natłoku tylu obowiązków po prostu zapominam, że jestem na jakiejś tam redukcji.

A o pewności siebie, za dużych ubraniach i faktycznym poczuciu szczęścia chyba już nie muszę wspominać. :)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *