moja największa obsesja

Ten post jest najtrudniejszym w życiu jaki kiedykolwiek napisałam, ale bardzo mi potrzebnym do tego, aby przestać budować poczucie własnej wartości na wyglądzie. Taaaak, bo wciąż to robię. Zawsze robiłam i mam nadzieję, że w końcu uda mi się to do końca przepracować. Ale jak to? Przecież na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem pewna siebie (cecha, którą słyszę najczęściej od osób, które mnie nienajlepiej znają), wygadana i potrafiąca walczyć o swoje. I tak, z dwoma ostatnimi cechami jak najbardziej sie zgadzam, to jednak pomimo tego przejmuję się największymi głupotami. A wcześniej także bałam się krytyki jak ognia, nawet od nic nie znaczących dla mnie osób (na szczęście to już za mną). Zacznijmy więc od początku…

Każdy, kto zna mnie bliżej doskonale wie, że od zawsze miałam obsesję na punkcie swojego wyglądu. Przejmowałam się wszystkimi negatywnymi opiniami, których od czasów podstawówki w zasadzie już nie słyszę. W te pozytywne natomiast nigdy nie wierzyłam jakby do mnie nie docierały, tylko przelatywały gdzieś obok. W związku z tym idealnie ułożone włosy, nienaganny makijaż i (moim zdaniem) ładne ubrania miały z reguły na celu odwrócenie uwagi od nadprogramowych kilogramów i innych mniej lub bardziej widocznych mankamentów fizycznych. Od zawsze wydawało mi się, że każdy w kontaktach ze mną tylko i wyłącznie patrzy na moją wagę. Kiedy o tym myślałam to nie liczyła się moje wyksztalcenie, inteligencja, upór i żałosne, ale czasem zabawne poczucie humoru. Liczyła się tylko ta cholerna waga. Wstydziłam się widywać ze znajomymi, których dawno nie widziałam, żeby tylko nie zauważyli, że akurat schudłam lub przytyłam. Wbrew pozorom chciałam stać się niewidoczna. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ja naprawdę nie wiem skąd się to wszystko wzięło. Mam naprawdę zdystansowanych bliskich, dzięki którym powinnam być ponad tym wszystkim. I fakt, w każdej innej dziedzinie dystans na maksa. Kwestia wyglądu i wagi – klękajcie narody. Płakanie do lustra, czasem też poczucie wstydu, kiedy jem niezdrowe rzeczy publicznie, można by tak długo wymieniać. Bardziej od wygranych konkursów pamiętam pełną historię zmian mojej wagi już od najmłodszych lat szkolnych. Te kilka lat w gimnazjum i liceum, kiedy byłam naprawdę szczupła z perspektywy czasu powinny być moimi najlepszymi latami, ale to właśnie wtedy to wszystko się zaczęło. Stałe przejmowanie się wszystkim i bezproduktywna rozpacz, kiedy na nowo przestałam tracić swoją figurę. Tak, bezproduktywna, ponieważ był to czas w moim życiu, kiedy niewiele już z tym robiłam, a było gorzej i gorzej. W końcu zaczęły się próby walki o siebie. Jednak nie przynosiło to żadnych spektakularnych rezultatów, aż do momentu, kiedy poznałam Gosię, która odmieniła mój sposób patrzenia na treningi i dietę. 2018 był dla mnie przełomowy. Odkryłam, że naprawdę mam hart ducha i jestem silniejsza niż kiedykolwiek przypuszczałam (niestety obecnie moje lenistwo znów przejęło nad nim kontrolę). Schudłam i po raz pierwszy w życiu naprawdę to doceniłam. Chyba byłam nawet szczęśliwa. Wciąż nie wyglądałam zadowalająco, jednakże swój mały sukces osiągnęłam własną ciężką pracą, a takie nad ambitne osoby jak ja cieszy to najbardziej. Potem jednak przyszły obowiązki, nowa praca, brak czasu, zima. A potem najcudowniejszy rok, w którym nareszcie poczułam prawdziwe szczęście bez myślenia o tym jak wyglądam. Wróciłam jednak do Polski i wszystko rozpoczęło się na nowo. W końcu nadszedł luty bieżącego roku i mój ambitny plan powrotu do zdrowego trybu życia. Zakup karnetu na siłownię i wiara, że uda mi się wrócić. Zapewne wszyscy domyślają się jak to się skończyło. Lockdown w połączeniu ze słabą motywacją spowodował zaledwie kilkanaście odbytych treningów w domu i ponowne porzucenie wszystkiego.

Jednakże coś się w końcu odmieniło. Od dłuższego czasu biję się z myślami czy moja wartość rzeczywiście musi być definiowana przez mój wygląd? Oczywiście, chciałabym w końcu wytrwać i wrócić do dawnej sylwetki, ale chyba jednak nie to jest w życiu najważniejsze. Rodzina, bliscy, spełnienie marzeń i kolejne podróże są czymś na czym wolę skupić się bardziej niż na chudym tyłku.  On jest zaledwie dodatkiem (niestety wciąż za dużym 😅), a nie wyznacznikiem tego, jaką jestem osobą. I obiecuję sobie, że za każdym razem, kiedy w to zwątpię, wrócę do tego posta i strzelę sobie mocno w łeb.

Kochajcie się i bądźcie dla siebie wyrozumiali!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *